2fdfj Maurycy Fabisz - „Bardzo Stary Testament”
Zdarzy³o siê, ¿e Pan Bóg – jeszcze m³ody i pe³en entuzjazmu – stworzy³ sobie coœ
niedu¿ego, aby mieæ jakieœ hobby i zajêcie na nudne wieczory; coœ co cieszy i pozwala
siê rozerwaæ jednoczeœnie bêd¹c niedrogie i ma³o absorbuj¹ce – jednym s³owem: œwiat.
Nie by³o to jego g³ówne zajêcie, ale ka¿dego dnia systematycznie poœwiêca³ mu godzinkê
czy dwie w porze popo³udniowej. Przez resztê czasu œwiat sta³ sobie na pó³ce, wœród
innych.
Bóg by³ z niego zadowolony. Nadzwyczaj szybko uda³o mu siê bowiem skonfigurowaæ
wszystkie konieczne sk³adniki i dobraæ do nich odpowiednie parametry. Sam, bez
pomocy doros³ych, u³o¿y³ te¿ jego fundamentalne algorytmy i sformu³owa³ zasadnicze
prawa fizyczne. Potem jeszcze raz wszystko sprawdzi³. Symulacja nie wykaza³a b³êdów.
Bóg uruchomi³ zatem swój nowy œwiat i ze wstrzymanym oddechem obserwowa³ jego
pierwsze multiplikacje. Choæ jeszcze sobie z tego nie zdawa³ sprawy, fascynacja której
w³aœnie doœwiadcza³ mia³a byæ jedn¹ z ostatnich w jego ¿yciu. Bogowie bowiem starzej¹
siê bardzo szybko, jest to wpisane w ich genom. Nie sposób unikn¹æ zgorzknienia kiedy
siê jest wszechwiedz¹cym.
Tymczasem jednak zrobi³o siê póŸno i Bóg, choæ niechêtnie, musia³ oderwaæ siê od
swej zabawki. Zostawi³ j¹ na biurku i poszed³ spaæ.
Nazajutrz nie mia³ czasu, a potem znów wypad³o mu kilka spraw, wiêc w sumie do
swojego nowego niedu¿ego œwiata zajrza³ dopiero po dwóch tygodniach. Œwiat, jak to
œwiat, dzia³a³ sobie przez ten czas i – co trzeba zapisaæ na dobro Boga – ani razu siê nie
zawiesi³. Ale Bóg stwierdzi³, ¿e ju¿ nie rozumie zachodz¹cych w nim procesów. Gdzieœ po
drodze sprawy wymknê³y mu siê spod kontroli. Œwiat ewoluowa³, przekonfigurowa³ siê
i nie by³ ju¿ tym samym œwiatem co na pocz¹tku. Sta³ siê autonomiczny. Nie pasowa³ ju¿
do niego ¿aden z boskich kodów startowych.
Bóg nie wiedzia³, czy to dobrze – nawet czu³ siê poniek¹d zaniepokojony – ale na
obronie pracy rzecz przedstawi³ jako sukces. W istocie: powo³a³ do istnienia coœ, co
okaza³o siê nie tylko samoœwiadome ale i samokreatywne. Jego istnieniu nada³ bieg,
a ono ju¿ samo zajê³o siê swym dalszym rozwojem. Zapocz¹tkowa³ p³odny proces, bêd¹c
jednoczeœnie ojcem wszystkich jego przysz³ych potencjalnych mo¿liwoœci i dokonañ.
Komisja nie by³a zgodna, niemniej Bóg zaliczenie otrzyma³.
Maj¹c to ju¿ z g³owy, na spokojnie i bez œwiadomoœci zbli¿aj¹cego siê terminu, Bóg
powa¿nie zabra³ siê do swego niedu¿ego œwiata. Postanowi³ go naprawiæ. Zacz¹³ od
wysy³ania emisariuszy.
Naprodukowa³ ich kilkudziesiêciu nim zrozumia³, ¿e to do niczego nie prowadzi.
Wiêkszoœæ bowiem ulega³a zainfekowaniu natychmiast po wejœciu do œwiata.
Ich dzia³ania obraca³y siê przeciwko nim samym. Wszyscy koñczyli marnie – bywali
topieni, paleni, kamienowani, ¿ywcem grzebani albo przybijani do ró¿nych rzeczy. Je¿eli
zaœ jakimœ cudem udawa³o im siê tego unikn¹æ, popadali w pychê i sami pokazowo
wszystko psuli, tak ¿e koledzy Boga pok³adali siê od tego ze œmiechu i zacierali rêce a¿
iskrzy³o.
O tym, ¿e ¿aden swej misji nie wype³ni³ – œwiata nie ustabilizowa³, b³êdów nie usun¹³,
nierównoœci nie wyrówna³, g³odnych nie nakarmi³, spragnionych nie napoi³,
a niewyspanych nie przespa³ – nie warto nawet wspominaæ. Podgrzali tylko atmosferê,
zgalwanizowali klimat i rozbe³tali jego, Boga, medialny wizerunek. Wygenerowali te¿ przy
okazji tyle sprzecznych teorii, ¿e mo¿na wœród nich by³o znaleŸæ dowód na wszystko.
W skali globalnej zaœ pojawia³o siê coraz wiêcej krytycznych wyj¹tków. Wspomaganie
transcendentalne nie nad¹¿a³o. System traci³ stabilnoœæ.
Bóg, nagle zniechêcony i starczo zgorzknia³y (ten b³yskawiczny up³yw boskiego
czasu!), w przyp³ywie irytacji zrzuci³ œwiat z biurka i kopn¹³ go w k¹t. Ostatecznie, co go
to mog³o obchodziæ? Zrobi³ swoje, dosta³, co chcia³ i ju¿. A reszt¹ – o ile w ogóle
jakakolwiek reszta musi byæ – niech siê ten œwiat martwi sam, skoro jest taki twórczy.
Bóg za³o¿y³ pepegi i wyszed³ na jednego.
Przy trzecim czy czwartym myœli Boga zaczê³y jednak orbitowaæ z powrotem w stronê
tego niedu¿ego œwiata. W stanie przyjemnego zamroczenia owiewaj¹cego jego
niezmierzony intelekt, Bóg dywagowa³:
– Jeœli mnie tam nie ma, a œwiat dzia³a nadal, mimo tego, ¿e go odrzuci³em, to po
pewnym czasie mo¿e on dojœæ do przekonania, ¿e jak on nie jest potrzebny mnie, tak i ja
jemu nie zdajê siê na nic i do niczego nie s³u¿ê.
Bóg zamówi³ nastêpn¹ kolejkê i duma³ dalej:
– I bêdzie mieæ poniek¹d ten œwiat racjê. Gdy¿ przecie¿ zaprojektowa³em mu
wspó³bie¿ne systemy samoregulacji – gad psuje siê i naprawia automatycznie, z definicji.
Fakt, ¿e ja to wszystko wymyœli³em niczego nie dowodzi. Mo¿liwe, ¿e œwiat sam doszed³by
do tego. Widzê to po tym, czego uda³o mu siê dokonaæ. Móg³by zreszt¹ osi¹gn¹æ ten
wynik zaczynaj¹c od czegoœ nieskoñczenie mniej skomplikowanego ni¿ moje formu³y – na
przyk³ad od przypadkowego po³¹czenia dwóch niewa¿kich neutrin. Zajê³oby mu to wiêcej
czasu, zgoda, ale czas to przecie¿ tylko wyk³adnia rozpraszania siê ciep³a – mo¿e byæ taki
albo inny.
Bóg dwoma palcami wykona³ w stronê barmana miêdzynarodowy gest maj¹cy
obrazowaæ odleg³oœæ pomiêdzy poziomem p³ynu a dnem zawieraj¹cej go szklanki. Zacz¹³
reasumowaæ:
– Ergo: w tej chwili móg³bym dla niego nie istnieæ. Mog³oby nawet mnie w ogóle
nigdy nie byæ. Nie istniejê poniewa¿ nie istnia³em.
W tej samej chwili znikn¹³. Taka bowiem by³a si³a jego woli, ¿e nic nie mog³o jej siê
oprzeæ. Kiedy ju¿ tak przez jakiœ czas go nie by³o zreflektowa³ siê i wróci³ na miejsce.
– G³upie ¿arty – stwierdzi³. – Ju¿ ja mu poka¿ê.
Zap³aci³, co by³ winien i wyszed³.
W domu pochyli³ siê nad swoim œwiatem, który wci¹¿ jeszcze dzia³a³, Bóg wie jakim
cudem. Co prawda, by³ ju¿ bardzo rozchwierutany i co chwila gubi³ siê, powracaj¹c
w rozwoju do pocz¹tku poprzedniej epoki. Ale zawsze jakoœ odnajdowa³ drogê ku
kolejnej obiecuj¹cej i jak zwykle totalnej katastrofie. Wychodzi³ z niej, otrz¹sa³ siê
i natychmiast brn¹³ dalej.
Bóg policzy³ szeptem do trzech, po czym odci¹³ swemu œwiatu zasilanie. Nasta³a
ciemnoœæ, najdoskonalszy – jak twierdz¹ z³oœliwcy – efekt jego dotychczasowych
poczynañ. Potem wyczyœci³ rejestry, przelogowa³ rekordy startowe i uruchomi³ wszystko
od nowa. Znów by³ w punkcie wyjœcia. Znów jeszcze nie by³o za póŸno.
Przez pewn¹ chwilê – króciutk¹ w skali geologicznej, lecz w tym czasie w jego ma³ym
œwiecie zd¹¿y³o narodziæ siê i zagin¹æ kilka wysoko rozwiniêtych cywilizacji – Bóg
zastanawia³ siê czy tym razem nie udaæ siê tam samemu, osobiœcie. Potem znów wróci³
myœl¹ do nieudanej serii emisariuszy, a nastêpnie rozwa¿y³ ryzykowny eksperyment
po³¹czenia tych dwóch rozwi¹zañ w jakiœ sprytny, olœniewaj¹cy z punktu naukowego
sposób.
Jedna z dotychczas wypracowanych hipotez g³osi, ¿e chwila ta trwa nadal i powinna
min¹æ nie wczeœniej ni¿ przez up³ywem chiliady. Akademicy nie s¹ jednak zgodni
w sprawie kilku kluczowych zagadnieñ, jak na przyk³ad to, czy problem którym siê
zajmuj¹ w ogóle istnieje.
Decyzja, jak¹ Bóg ma podj¹æ sta³a siê te¿ przedmiotem zainteresowania niektórych
bukmacherów. W konfidencji wyra¿aj¹ oni jednak pogl¹d, ¿e tak naprawdê do ¿adnego
rozstrzygniêcia nie dojdzie. Jako powód podaj¹ ogólnie znany poziom kszta³cenia na
niektórych wy¿szych uczelniach.